|
Śliwowica Łącka, to napój o mocy zwykle
powyżej 70%obj., posiadający charakterystyczny, wyraźnie
śliwkowy aromat. Jest to ciecz bezbarwna, ponieważ nie
dojrzewa, tak jak niegdyś Ferberówka w dębowych beczkach.
Od czasu, kiedy w Łącku pojawiła się etykieta Śliwowicy
Pejsecznej, narodziła się tradycja projektowania własnych
etykiet. Własna etykieta była symbolem wysokiej jakości oraz
dowodem na to, że producent ma wysokie kwalifikacje.
Wytwarzanie etykiet było bardzo proste, bo polegało na
odbiciu pieczątki na papierze. Często etykiety malowano
własnoręcznie, co gwarantowało ich niepowtarzalność. Obecnie
wytwarzana nielegalnie śliwowica posiada etykiety tradycyjne
lub też drukowane nowoczesnymi technikami.
 |
 |
Jak wynika z przekazów historycznych
uprawa śliwek w rejonie łąckim znana była już w XII wieku.
Suszone owoce spławiano Dunajcem do Wisły i dalej do
Gdańska, skąd były transportowane drogą wodną do innych
krajów Europy. Popularne było również wytwarzanie powideł,
które popierała w swych włościach małżonka Bolesława
Wstydliwego, księżna Kinga. Brak jest jednak bliższych
informacji z tego okresu czy jej poddanym znana już była
technologia "upłynniania" śliwek. W XVII i XVIII wieku
istniały już na tych terenach duże sady śliw i jabłoni.
Protokoły dworskie z wizytacji przeprowadzonej w 1698 roku
informują między innymi o tym, że część chałupników miała
obowiązek zbierania owoców i dostarczania ich do dworu jako
prace pańszczyźniane. Przypuszcza się, że część owoców
przeznaczona była na produkcję tego szlachetnego trunku.
W 1830 roku zamieszkał w Łącku sekretarz dóbr komunalnych
Herzog, który był wielkim zwolennikiem sadownictwa, założył
szkółkę drzew owocowych, a nowe odmiany śliw, jabłoni i
gruszek sprzedawał nawet poza granicami Polski. Rodzinne
przekazy dzisiejszych mieszkańców Łącka sięgają przełomu XIX
i XX stulecia. Wówczas to parafialne grunty wzięła w
dzierżawę żydowska rodzina Grossbardów. Wtedy to łącki
proboszcz, ksiądz Korab Pociełowski nie miał nic przeciwko
temu by rodzina ta na "księżnym" folwarku urządziła
gorzelnię. Tak więc w latach 1882-1912, na terenie gminy
znajdowała się wytwórnia śliwowicy, której właścicielem był
Samuel Grossbard, gorzelnikiem zaś Salomon Goldchein.
Gorzelnia wyrabiała Śliwowicę Pejseczną, którą rozprowadzano
do sklepów i wyszynków w Łącku, jak też wywożono dalej.
Butelki ze Śliwowicą Pejseczną posiadały pierwszą w historii
tego trunku etykietę. Gorzelnia stanowiła główne źródło
dochodów gminy na podstawie tzw. ustawy o propinacji.
Propinatorami na terenie Łącka byli Żydzi, którzy mieli
wszelkie prawa związane ze sprowadzeniem i sprzedażą napojów
alkoholowych. Inni mieszkańcy mogli sprowadzać alkohol tylko
w wyjątkowych sytuacjach zazwyczaj na wesela, pod warunkiem
powiadomienia o tym propinatora. W przeciwnym wypadku towar
ulegał konfiskacji, a na jego nabywcę nakładano karę
pieniężną.
Chłopi często obchodzili nałożone rygory produkując wódkę
własnym sumptem, tzw. bimber. Produkowano go pokątnie z
owoców i żyta. Po śmierci księdza Koraba Pociełowskiego
(1912) do Łącka sprowadził się ksiądz Piaskowy, mający inny
stosunek do wytwarzania w tym rejonie napojów alkoholowych.
Potępiał on produkcję wszelkiego rodzaju napojów
alkoholowych a szczególnie śliwowicy.
Dalszy ciąg historii Śliwowicy Łąckiej
przed II Wojną Światową związany jest z osobą Pinkasa
Ferbera, który ożenił się z córką Samuela Grossbarda.
Prowadził on produkcję Koszernej Śliwowicy na skalę
przemysłową. Zanim jednak to nastąpiło musiał poczekać, aż
postawa księdza Jana Piaskowego zostanie zapomniana.
Sprzyjała temu sytuacja prawna; grunty parafialne w
większości przejęła gromada i wydzierżawiła Ferberowi, który
zaczął skupować śliwki i przerabiać w gorzelni.
Prawdopodobnie opracował on technikę odpędzania, znaną i
stosowaną również przez dzisiejszych mieszkańców. Do
produkcji śliwowicy używał owoców tylko najlepszego gatunku,
fermentacja przebiegała spontanicznie, a do odpędu stosował
naczynia miedziane. Odpęd prowadzony był bardzo powoli z
wykorzystaniem tylko frakcji środkowej. Gotowy alkohol długo
leżakował w dębowych beczkach, po czym rozlewany był do
firmowych butelek. Większość produkcji wysyłano na eksport,
głównie do Palestyny.
Zakład Ferbera wytwarzał rocznie około 2000 dm3 śliwowicy,
jednak produkcja została wstrzymana z powodu wybuchu II
Wojny Światowej. Po wojnie śliwowica często nazywana jest
Krasilicą. Termin ten utworzono od słynnego góralskiego
powiedzenia: Daje krzepę krasi lica nasza Łącka śliwowica.
Jak mawiają łąccy górale: Krasilica jest wódką, którą upijać
się nie wolno, należy ją smakować jak najprzedniejszy
koniak, a przy smakowaniu trzeba uważać bo zdradliwa
beskurcyja okropnie. Łagodnie przechodzi przez gardło, mocy
się jej absolutnie nie czuje, zostawia w ustach cudowny smak
i zapach, a jeśli się o jeden kusztyczek za dużo wychyli,
zwala z nóg jak snopek owsa. |